wtorek, 26 maja 2020

Księżycowe miasto - Sarah J. Maas [FRAGMENT 5]

💥 Sarah J. Maas - Księżycowe miasto
Tytuł oryginalny Crescent City
👩‍💻 Tłumaczenie Marcin Mortka
Część I 👉 https://bit.ly/Księżycowe-miasto-1-1
Część II 👉 https://bit.ly/Księżycowe-miasto-1-2

**

Choć wejście do kliniki med-wiedźm znajdowało się na wiecznie zatłoczonym Starym Rynku, Ruhn odkrył, że w jej wnętrzu panuje błogosławiona cisza. Pomalowane na biało ściany poczekalni odbijały blask słońca, wpadający przez okna wychodzące na niekończący się ruch uliczny, a plusk niewielkiej fontanny stojącej na białej, marmurowej ladzie zlewał się przyjemnie z taktami symfonii, płynącymi z głośników na suficie.
Czekał przez pięć minut, aż wiedźma, z którą się umówił, skończy rozmawiać z pacjentem. Nie spieszyło mu się – rozkoszował się zapachem lawendy, unoszącym się wraz z kłębami pary z dyfuzora, stojącego na niewielkim stoliku obok jego krzesła. Nawet jego cienie zdawały się teraz drzemać.
Na ławie wykonanej z białego drewna dębowego rozłożono magazyny i ulotki reklamujące wszystko: od leczenia płodności przez terapię usuwania blizn aż po sposoby przynoszenia ulgi cierpiącym na artretyzm.
Naraz na końcu wąskiego korytarza otworzyły się drzwi. Ruhn ujrzał kobietę z ciemnymi, lekko kręconymi włosami, która powiedziała melodyjnym głosem:
– Proszę się zgłosić, jeśli zauważy pan kolejne symptomy.
Drzwi się zamknęły, przypuszczalnie po to, by dać pacjentowi odrobinę prywatności.
Ruhn wstał. Czuł się trochę nie na miejscu, ubrany od stóp do głów w czerń w miejscu zdominowanym przez łagodną biel i jasne pastele. Nieruchomo czekał, aż med-wiedźma zbliży się do lady.
Na miejscu przestępstwa zeszłej nocy podszedł do niej i zapytał, czy zwróciła uwagę na jakiś niecodzienny szczegół w zwłokach. Jej wnikliwość i bystre uwagi zaimponowały mu tak bardzo, że umówił się z nią na spotkanie.
Med-wiedźma uśmiechnęła się lekko, gdy weszła za ladę. Jej ciemne oczy rozjaśniły się na powitanie. A jej twarz… jej niezwykła twarz… Nie wypielęgnowane piękno gwiazdy filmowej czy modelki, ale piękno w najczystszej, najsurowszej postaci: od wielkich, brązowych oczu przez pełne usta aż po wysokie kości policzkowe, o niemalże idealnej symetrii. Jej postać emanowała chłodnym spokojem i wewnętrzną mocą. Nie mógł oderwać od niej oczu nawet wtedy, gdy znalazł się w samym środku masakry.
– Dzień dobry, książę.
No właśnie. I jeszcze jej przepiękny głos.
Fae byli wyczuleni na dźwięki dzięki swemu wrażliwemu słuchowi. Słyszeli nuty w nutach i akordy w akordach. Ruhn miał kiedyś wielką ochotę uciec z randki z młodą nimfą, której piskliwy śmiech przypominał mu pisk morświna. A w łóżku… Cholera, do ilu dziewczyn więcej już nie zadzwonił nie dlatego, że seks źle wypadł, lecz ponieważ nie mógł znieść wydawanych przez nie dźwięków? Było ich zbyt wiele, by mógł zliczyć.
Uśmiechnął się do med-wiedźmy.
– Cześć – powiedział i wskazał ruchem głowy korytarz. – Wiem, że masz sporo na głowie, ale może uda ci się poświęcić mi chwilę? Wiesz, chodzi o sprawę, nad którą pracuję.
Med-wiedźma, ubrana w luźne, granatowe spodnie i białą, bawełnianą koszulę z rękawami trzy czwarte, podkreślającymi piękny brąz jej skóry, stała całkowicie nieruchomo.
Wiedźmy były doprawdy osobliwą, unikalną grupą. Wyglądem przypominały ludzi, ale dzięki znaczącym mocom oraz długowieczności należały do Wanów. Ich cechy dziedziczone były jedynie po kądzieli. Wszystkie cieszyły się statusem civitas. Utrzymywały, że ich moc jest dziedziczna i wywodzi się ze starożytnego źródła, nazywanego przez nie boginią o trzech twarzach, ale zdarzało się, że przychodziły na świat również w niemagicznych rodzinach. Ich moce byłe różne – niektóre z nich okazywały się wróżkami, inne wojowniczkami bądź specjalistkami od sporządzania eliksirów, ale w Księżycowym Mieście najbardziej rzucały się w oczy uzdrowicielki. Ich proces szkolenia był trudny i tak długi, że Ruhn z niemałym zdziwieniem patrzył na młodą wiedźmę stojącą przed nim. Nie miała więcej niż trzydzieści lat, a więc musiała być bardzo uzdolniona, skoro już pracowała w klinice.
– Zaraz przyjdzie kolejny pacjent – powiedziała i zerknęła przez ramię na zatłoczoną ulicę. – Ale potem idę na lunch. Nie miałbyś nic przeciwko, by zaczekać pół godziny? – Wskazała na korytarz za sobą, gdzie przez szklane drzwi wpadały promienie słońca. – Mamy tu ogród. Pogoda jest ładna, a więc mógłbyś zaczekać tam.
– Dziękuję, panno Solomon – zgodził się Ruhn, zerknąwszy na tabliczkę na ladzie.
Wiedźma zamrugała grubymi, aksamitnymi rzęsami, wydawała się nieco zaskoczona.
– Och, ja nie… To klinika mojej siostry. Pojechała na wakacje i poprosiła mnie, bym ją zastąpiła. – Raz jeszcze wskazała mu korytarz gestem pełnym wdzięku niczym u królowej.
Ruhn ruszył przed siebie, próbując nie wdychać zbyt mocno otaczającego ją zapachu eukaliptusa i lawendy.
„Panuj nad sobą – napomniał się w myślach. – Jeszcze wyjdziesz na pieprzonego zboczeńca”.
Blask słoneczny zatańczył w jej czarnych niczym noc włosach, gdy dotarła do drzwi prowadzących na dziedziniec i pchnęła je ramieniem. Oczom księcia ukazało się wyłożone płytkami patio, otoczone zaaranżowanym w tarasy ogrodem zielnym.
Pogoda w istocie była wspaniała. Rośliny szeleściły i chwiały się na wietrze wiejącym znad rzeki, rozsiewając kojące aromaty. Wiedźma wskazała mu wykute z żelaza stół oraz krzesła, stojące obok rabatki z miętą.
– Niedługo przyjdę.
– OK – rzekł Ruhn, a wiedźma odwróciła się i znikła w środku.
Trzydzieści minut minęło szybko, głównie dzięki licznym telefonom od Deca i Flynna oraz kilku spośród jego oficerów z Sił Porządkowych. Gdy szklane drzwi znów się otworzyły, książę odłożył właśnie aparat, gotów wreszcie nacieszyć się chwilą przepełnionej słodkimi zapachami ciszy, ale zerwał się na równe nogi, gdy ujrzał, że wiedźma niesie ciężką tacę z dymiącym imbrykiem, filiżankami i talerzem z serem, chlebem i miodem.
– Pomyślałam sobie, że skoro mam przerwę na lunch, równie dobrze możemy zjeść wspólnie – powiedziała, gdy Ruhn przejął od niej tacę.
– Nie musiałaś mi niczego przynosić – rzekł i ostrożnie postawił tacę, nie chcąc rozlać herbaty.
– To nie problem. I tak nie lubię jeść sama – odparła i usiadła naprzeciwko niego, po czym zabrała się do rozstawiania zastawy.
– Skąd wywodzi się twój akcent?
Mówiła bowiem powoli, jakby ostrożnie wybierała każde słowo, w przeciwieństwie do mieszkańców Księżycowego Miasta, którzy mieli w zwyczaju mówić szybko i niedbale. Przez moment rozsmarowywała ser na kromce chleba, po czym rzekła:
– Miałam nauczycieli ze starej części Pelium, nad Morzem Rhagańskim. Chyba przejęłam ich sposób mówienia.
Ruhn nalał sobie nieco herbaty, a potem napełnił jej filiżankę.
– Wszystko tam jest stare.
– W istocie – odparła, a jej brązowe oczy rozbłysły.
Odczekał, aż wiedźma upije łyk herbaty, a potem powiedział:
– Rozmawiałem o tej sprawie z kilkoma innymi med-wiedźmami w mieście, ale żadna nie była w stanie udzielić mi odpowiedzi. Mam pełną świadomość tego, że być może jestem niczym tonący, który łapie się brzytwy, ale nim powiem cokolwiek, chciałem cię prosić o dyskrecję.
Wiedźma ułożyła trochę daktyli i winogron na talerzu.
– Możesz mnie pytać, o co chcesz. Nie powiem nikomu ani słowa.
Wciągnął w nozdrza zapach herbaty. Wyczuwał w nim miętę pieprzową, lukrecję i coś jeszcze. Odrobinę wanilii i coś… coś leśnego. Rozparł się na krześle.
– Dobra. Wiem, że twój czas jest ograniczony, a więc zapytam wprost. Czy przychodzi ci do głowy jakikolwiek sposób, by naprawić uszkodzony magiczny przedmiot, czemu nie mogły podołać ani wiedźmy, ani Fae, ani nawet sami Asteri? Czy można by go jakoś… uleczyć?
Wiedźma polała ser miodem.
– Czy ów przedmiot został wykonany za pomocą magii, czy też był zwykłą rzeczą, którą później napełniono mocą?
– Wedle legend został stworzony dzięki magii i może być wykorzystany przez tych, którzy władają darami Gwiezdnych Fae.
– Aha. – Wiedźma przyglądała mu się uważnie. – A więc to artefakt Fae.
– Tak. Z czasów Pierwszych Wojen.
– Masz na myśli Róg Luny?
Żadna z wiedźm, z którymi wcześniej rozmawiał, nie doszła do tego tak szybko.
– Może – wykręcił się od odpowiedzi, pozwalając, by odczytała prawdę z jego oczu.
– Magia i moc siedmiu świętych gwiazd nie mogły go naprawić – rzekła. – O wiele mądrzejsze wiedźmy ode mnie oglądały go i wszystkie uznały, że nie są w stanie podjąć się zadania.
Ruhn poczuł, jak ogarnia go rozczarowanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz