czwartek, 1 sierpnia 2019

FRAGMENT KSIĄŻKI "Toxyczne dziewczyny" - Rory Power

Jeśli chodzi o moje patronaty zawsze staram się promować je jak najlepiej, gdyż uważam, że skoro moje logo jest już na okładce, to powinniście wiedzieć i wiedzieć książkę u mnie. Macie dziś możliwość zapoznania się z pierwszym rozdziałem książki jeszcze przed jej premierą. Myślę, że to idealne posunięcie jeśli mam zachęcić was do lektury.

Każdy ma inny gust i poleganie jedynie na moich emocjach nie jest do końca pewniakiem przy zakupie książki. W związku z tym dajemy wam wraz z wydawnictwem możliwość ocenienie tekstu jeszcze przed zakupem. W księgarni stacjonarnej wzięlibyście książkę do ręki po poczytalibyście ją, pooglądali. W dobie internetu oraz zakupów online nie macie tej szansy - gdyż nie każda książka, premiera czeka na was na półce. Jednak, abyście nie byli poszkodowani macie możliwość poznania tekstu już dziś.

Miłego czytania...



ROZDZIAŁ 1


"Coś. Daleko między światłem a cieniem. Porusza się pośród drzew, gdzie gęstnieją zarośla. Z dachu można dostrzec, jak zamiata wokół siebie ogonem, przemieszczając się w kierunku oceanu.
Sądząc po rozmiarze, to musi być kojot. Jeden z tych większych, ze sterczącymi łopatkami oraz ostrymi zębami – mogłabym chwycić każdy z nich w dłoń niczym nóż. Wiem, bo raz znalazłam taki wystający częściowo z ogrodzenia. Zabrałam go ze sobą i schowałam pod łóżkiem.
Kolejny trzask w krzakach, a potem znów cisza. Po drugiej stronie tarasu Byatt opuszcza broń i opiera ją o balustradę. Teren czysty.
Ja swoją na wszelki wypadek trzymam uniesioną z celownikiem przy lewym oku. Prawe jest martwe, odkąd paroksyzm[1] pogrążył je w ciemności. Powieka stopiła się i zrosła, zamykając oko na amen. Pojawiło się też uczucie, jakby pod spodem coś rosło.
Tak to u nas wygląda, wszystkie takie jesteśmy. Chore albo, jak kto woli, niezwykłe z niewiadomej przyczyny. Coś rozrywa nas od środka. Części ciała odpadają i zanikają. To nas hartuje. Przyzwyczajamy się i jakoś sobie z tym radzimy.
Przez celownik widzę południowe słońce wybielające świat, a także las, który ciągnie się po kraniec wyspy, gdzie w dole huczy ocean. Bujne sosny się stroszą, wyrastając ponad budynek. Tu i tam zdarzają się puste przestrzenie, ponieważ dęby i brzozy zgubiły liście, ale w większości sklepienie jest ciasno utkane sztywnymi od mrozu igłami. Ponad nimi znajduje się jedynie antena radiowa, teraz bezużyteczna, gdy nie ma sygnału.
W górze drogi ktoś krzyczy, po czym spod osłony drzew wyłania się powracająca do domu Brygada Łodziowa. Tylko tym paru osobom wolno uczestniczyć w wyprawie przez całą wyspę. Kierują się do przystani, do której zazwyczaj przypływały i odpływały promy, a gdzie teraz marynarka dostarcza jedzenie oraz ubrania. Reszta z nas zostaje za ogrodzeniem, modląc się, aby wszyscy bezpiecznie dotarli z powrotem.
Najwyższa, panna Welch, przystaje przy bramie i zaczyna mocować się z zamkiem. W końcu go otwiera, a następnie Brygada Łodziowa, z zaczerwienionymi od mrozu policzkami, chwiejnym krokiem wchodzi na teren szkoły. Wróciły wszystkie trzy osoby, a każda z nich ugina się pod ciężarem zgrzewek, mięsa czy kostek cukru. Welch się odwraca, by zamknąć za sobą furtkę. Ma zaledwie pięć lat więcej niż najstarsza z uczennic i jest najmłodszą z nauczycielek. Przedtem mieszkała z nami w jednej sali. Zawsze udawała, że nie widzi, kiedy któraś nie przestrzegała godziny policyjnej. Teraz każdego ranka nas liczy, żeby się upewnić, iż żadna nie zginęła przez noc.
Macha, dając znać, że wszystko w porządku, wtedy Byatt jej odmachuje. Ochrona bramy należy do mnie, ona pilnuje drogi. Czasami się zamieniamy, niestety moje oko nie radzi sobie zbyt dobrze na większe odległości, dlatego nigdy nie trwa to długo. Pomimo tego wciąż jestem lepszym strzelcem od połowy dziewczyn zdolnych zająć moje miejsce. Ostatnia z przybyłych osób wchodzi na ganek, a potem znika z zasięgu wzroku. Tak kończy się nasza warta. Rozładowujemy strzelby. Wtykamy naboje do pudełka dla kolejnej zmiany. Po jednym wsuwamy sobie do kieszeni – na wszelki wypadek.
Dach jest zwieńczony płaskim tarasem, opadającym od trzeciego do drugiego piętra. Ześlizgujemy się z jego krawędzi i przez otwarte okno wskakujemy do środka. Dawniej, gdy nosiłyśmy spódnice oraz skarpetki, było to trudniejsze, jednak wewnętrzny głos wciąż nam podpowiadał, żeby trzymać złączone razem kolana. Stare dzieje. Teraz, kiedy zakładamy poszarpane dżinsy, nie musimy się tym przejmować.
Byatt wdrapuje się za mną, zostawiając na parapecie kilka nowych rys. Odrzuca włosy za plecy. Są proste, tak samo jak moje, w kolorze jasnego, żywego brązu. I czyste. Nawet jeśli brakuje chleba, szamponu zawsze mamy pod dostatkiem.
– Co widziałaś? – pyta.
– Nic. – Wzruszam ramionami.
Śniadanie było dość skromne, stąd teraz czuję, jak moje kończyny drżą z głodu. Wiem, że Byatt odczuwa to samo, więc po lunch zbiegamy po schodach na parter, do głównego holu z wielkim, strzelistym sufitem. Stoją tam pokiereszowane, powykrzywiane stoły, kominek oraz kanapy z wysokimi oparciami, z których kiedyś wyrwałyśmy wypełnienie, a później je spaliłyśmy, by się ogrzać. No i jesteśmy my, w komplecie, głośne i pełne życia.

***

Gdy to się zaczęło, było nas około stu dziewczyn i dwudziestu nauczycielek. Razem zajmowałyśmy oba skrzydła starego budynku. Obecnie wystarczy nam tylko jedno.
Łodziowe wchodzą przez drzwi frontowe, po czym pozwalają torbom opaść na podłogę. Zaczyna się walka o jedzenie. Przeważnie wysyłają nam puszki, ale czasami dostajemy też paczki z suszonym mięsem. Rzadko zdarza się coś świeżego i nigdy nie starcza dla wszystkich. Posiłki wyglądają w ten sposób, że Welch idzie do kuchni, otwiera spiżarnię, a następnie rozdziela najmniejsze racje żywnościowe, jakie kiedykolwiek widziano. Natomiast dzisiaj jest dzień dostawy, Brygada Łodziowa przyniosła nowe zaopatrzenie, z kolei to oznacza, że Welch z dyrektorką szkoły nie zechcą brudzić sobie rąk. Pozwolą każdej z nas zawalczyć o jedną rzecz.
Tymczasem Byatt i ja nie musimy tego robić. Reese stoi przy drzwiach, zatem łapie dla nas torbę, a potem odstawia ją na bok. Gdyby zrobił to ktoś inny, ludzie by się sprzeciwili, ale że to Reese – z lewą ręką pokrytą ostrymi łuskami – nikt nie protestuje.
Dziewczyna była jedną z ostatnich, które zachorowały. Myślałam, że może ją to ominie, że jest bezpieczna, lecz wówczas się zaczęło. Łuski, każda jakby z elastycznego srebra, wychodzące przez skórę tak, jak gdyby wydostawały się z jej wnętrza. To samo przydarzyło się koleżance z naszego roku. Rozrosły się po całym ciele, wyziębiając krew, przez co pewnego ranka po prostu się nie obudziła. Właśnie dlatego sądziłyśmy, że Reese podzieli jej los. Przeniesiono ją na piętro, aby tam czekała na śmierć. Tak się jednak nie stało. Jednego dnia trafiła do ambulatorium, a kolejnego była już z powrotem. Jej lewa ręka jest co prawda czymś dzikim, ale wciąż należy do niej.
Reese rozrywa torbę i pozwala mi oraz Byatt sięgnąć do środka. Ściska mnie w żołądku, a ślina zbiera się na języku. Cokolwiek, wezmę cokolwiek. Niestety źle trafiłyśmy. Mydło. Zapałki. Pudełko długopisów. Karton pocisków. I nagle, na samym dnie, pomarańcza – prawdziwa, żywa pomarańcza, która ledwie zaczęła gnić na skórce!
Coś nas chwyta. Srebrna dłoń Reese ląduje na moim kołnierzyku. Czuję pod łuskami bijące od niej gorąco, ale przewracam ją na ziemię i celuję kolanem w bok jej twarzy. Zaciskam zęby, owijając ramię wokół szyi Byatt. Jedna z dziewczyn kopie. Nie wiem która. Dostaję w tył głowy i z trzaskiem uderzam nosem o krawędź schodka. Robi mi się biało przed zdrowym okiem. Dookoła nas inni krzyczą, obstawiając zakłady.
Któraś trzyma mnie za włosy, ciągnąc to w górę, to w dół. Okręcam się. Gryzę tam, gdzie ścięgna naciskają na skórę, wtedy dziewczyna reaguje wrzaskiem. Mój uchwyt słabnie, jej również, więc w końcu się od siebie odrywamy.
Ścieram krew z oka. Reese leży w połowie schodów z pomarańczą w dłoni. Wygrała."


[1] Paroksyzm – nagłe wystąpienie lub zaostrzenie się objawów chorobowych (przyp. red.).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz