poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Kobiety nieidealne. Magda - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles [POLECAJKA]

Dzień dobry Kochani!! Ja zaczynam już urlop i nie ma nic innego i lepszego - no może dobra premiera ;) - niż wakacje i odpoczynek! I tak właśnie loguję się tutaj, aby powiedzieć Wam - w sumie to napisać ;) - że już jutro swoją premierę będzie miała dość ciekawa książka. Zresztą sami się przekonajcie ;)

"Drogie Czytelniczki, oddajemy w Wasze ręce historię pełną niedoskonałości, słabości, potknięć, upadków i wzlotów. Zrodziła się z naszej przyjaźni, a napisałyśmy ją dla Was. Bohaterki tej opowieści istnieją naprawdę, jesteśmy nimi my wszystkie: Ty, Twoja przyjaciółka, sąsiadka, matka, nauczycielka Twojego dziecka, Twoja dentystka i wszystkie kobiety, które codziennie spotykasz. Zamyślone, smutne, porzucone, ale również te szczęśliwie zakochane, szalone, niekonsekwentne, zwariowane, poważne, zdystansowane. Młode, starsze, miłośniczki trampek i te, które na co dzień biegają w szpilkach. Te walczące z nadwagą i te, którym zdarza się wypić za dużo wina. Przemądrzałe i niepewne siebie.
Jednym słowem: kobiety nieidealnie wyjątkowe."

Gosia Hayles
Magda Kawka

Opis książki: "To nie jest polska Bridget Jones ani polski Seks w wielkim mieście. To jest nasze własne, kobiece, babskie, pisane tu i teraz, żywym językiem, wypełnione niebanalnymi dialogami jak ze scenariusza najlepszego filmu o kobietach, niekoniecznie tylko dla kobiet."

Nadal nieprzekonani? Podrzucam fragment książki - miłej lektury!

Fragment książki:



Początek formularza
Dół formularza
"Było tak wcze­śnie rano, że sen naj­wy­raź­niej jesz­cze ze mnie nie wy­pa­ro­wał. Jest to szcze­gól­nie trud­ne w ta­kie zim­ne i wil­got­ne gru­dnio­we po­ran­ki jak dziś, kie­dy naj­pierw wsta­je mgła, a do­pie­ro po­tem nie­chęt­ne słoń­ce, ocią­ga­ją­ce się jak moje dziec­ko, któ­re trud­no wy­cią­gnąć z łóż­ka. To­lek do póź­nej nocy oglą­dał naj­now­szy se­zon Gry o tron, a ja nie mia­łam siły ko­lej­ny raz pod­no­sić ar­gu­men­tu, że kie­dyś to się cho­ciaż książ­ki czy­ta­ło pod koł­drą z la­tar­ką.

Wszyst­ko się zmie­nia.

Je­cha­łam au­to­bu­sem peł­nym sen­nych pa­sa­że­rów, oglą­da­jąc w szy­bie swo­ją bla­dą twarz bez ma­ki­ja­żu i, co gor­sza, bez szans na ja­ki­kol­wiek ma­ki­jaż tego dnia. Ko­sme­tycz­ka zo­sta­ła w sa­mo­cho­dzie. Zwy­kle szyb­ko się ma­lu­ję za­raz po od­sta­wie­niu Tol­ka, nie tra­cąc na to cza­su w domu. Wte­dy mam pew­ność, że moje dziec­ko nie spóź­ni się do szko­ły, do któ­rej mamy te­raz dużo da­lej, ale bar­dzo mi za­le­ża­ło, by choć to się w jego ży­ciu nie zmie­ni­ło. Sa­mo­chód jed­nak dziś rano się zbun­to­wał i na wszel­kie pró­by ru­sze­nia go z miej­sca od­po­wia­dał ob­ra­żo­nym prych­nię­ciem. Nie­mal do­kła­da­nie tak jak mój dwu­na­sto­la­tek trzy­dzie­ści mi­nut wcze­śniej. Wier­cąc klu­czy­kiem w sta­cyj­ce, grzecz­nie za­kli­na­łam i pro­si­łam swo­je ka­pry­śne auto: „No pro­szę cię, obie­cu­ję, że za­raz po po­wro­cie cię umy­ję, ba, na­wet aku­mu­la­tor ci na­ła­du­ję, no pro­szę, a co po­wiesz na prze­gląd? Za­bio­rę cię na prze­gląd w tę so­bo­tę”. Wy­cią­gnę­łam opie­ra­ją­ce się dziec­ko za rękę i po­le­cia­łam w kie­run­ku naj­bliż­sze­go przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go.

Te­raz, w bez­li­to­snym po­ran­nym świe­tle słoń­ca, któ­re nie grze­je, a tyl­ko prze­świe­tla, jak­by wie­dzia­ło o mnie wszyst­ko, nie przy­po­mi­na­łam sie­bie sprzed za­le­d­wie dwu­na­stu mie­się­cy. Nie przy­po­mi­na­łam w za­sa­dzie ni­ko­go, jak­by bra­ko­wa­ło mi twa­rzy. W kie­sze­ni na­ma­ca­łam list, któ­ry wy­ję­łam dziś rano ze skrzyn­ki. List jak za­wsze był bez znacz­ka, a na nim skre­ślo­ne za­ma­szy­ście „Mag­da”. Nie wy­cią­ga­jąc ręki z kie­sze­ni, zmię­łam go w kul­kę i nie czy­ta­jąc, wy­rzu­ci­łam do ko­sza na śmie­ci za­raz po wyj­ściu z au­to­bu­su.

Jak się oka­za­ło wie­czo­rem, nie ja jed­na mie­wa­łam ostat­nio pro­blem z twa­rzą, a w za­sa­dzie z jej bra­kiem.

Spo­tka­ły­śmy się w domu Baś­ki, któ­rej mąż zor­ga­ni­zo­wał so­bie wy­jazd w bar­dzo waż­nej spra­wie, gdy tyl­ko do­wie­dział się, że Baś­ka zno­wu ma pla­ny mo­der­ni­za­cyj­ne wo­bec swo­je­go cia­ła. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, po­dob­nie jak my, jak bę­dzie prze­bie­gał ten pro­ces. Naj­pierw kil­ka ty­go­dni pod­eks­cy­to­wa­nia, gdy jego uko­cha­na Ba­sień­ka wi­dzi już sie­bie pięk­ną i od­mło­dzo­ną, ostrzyk­nię­tą bo­tok­sem, kwa­sem, wła­snym oso­czem czy ja­ką­kol­wiek sub­stan­cją na daną chwi­lę wstrzy­ki­wa­ną w ludz­kie cia­ło. Póź­niej kil­ka dni, a cza­sem ty­go­dni, aresz­tu do­mo­we­go, kie­dy zroz­pa­czo­na sie­dzi w domu, pod­czas gdy wszel­kie­go ro­dza­ju ran­ki, si­nia­ki, na­wi­sy i opu­chli­zny ba­brzą się za­miast goić, a ona prze­kli­na dzień, kie­dy wbrew zło­żo­nym so­bie przy­rze­cze­niom po­sta­no­wi­ła zno­wu ulec obiet­ni­com me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej.

Cóż… w od­róż­nie­niu od tych skła­da­nych so­bie, obiet­ni­ce chi­rur­gii es­te­tycz­nej są za­wsze opa­trzo­ne zdję­cia­mi „przed” i „po”.

Baś­ka po­wie­dzia­ła nam przez te­le­fon, że spo­tka­nie tyl­ko u niej, bo ab­so­lut­nie nie zmu­si­my jej do wyj­ścia z domu. Nie otwie­ra na­wet ni­ko­mu drzwi, a je­śli wy­jąt­ko­wo upo­rczy­wy ku­rier doj­rzy przez okno jej prze­my­ka­ją­cą po­stać i nie prze­sta­je wy­dzwa­niać, a na­wet woła ją – mówi, że ni­ko­go do­ro­słe­go nie ma w domu.
– Nie prze­sa­dzaj – po­cie­szy­łam ją przez te­le­fon – na pew­no nie jest tak źle. Za­wsze prze­ży­wasz, a po­tem jest okej. Wy­star­czy­ły­by za­pew­ne ciem­ne oku­la­ry i grub­sza war­stwa pod­kła­du. Wiesz, jak to jest. Pa­trzy­my na sie­bie naj­bar­dziej kry­tycz­nie. Inni, za­ję­ci sobą, prze­śli­zgu­ją się po nas za­le­d­wie wzro­kiem.

Prze­śli­zgnię­cie się czym­kol­wiek, a zwłasz­cza wzro­kiem, po miej­scu, w któ­rym wcze­śniej wid­nia­ła twarz Baś­ki, nie było moż­li­we. Zda­łam so­bie z tego spra­wę, gdy tyl­ko otwo­rzy­ła mi drzwi.
– Och – po­wie­dzia­łam tyl­ko na jej wi­dok. Nie chcia­łam do­le­wać oli­wy do ognia. Roz­grza­na pa­tel­nia, któ­ra po­ja­wi­ła się nad szy­ją w miej­scu jej twa­rzy, nie­mal rzu­ca­ła iskry, gło­wa spu­chła, jak­by Baś­kę po­ką­sa­ły osy, a w miej­scu oczu pod brwia­mi błysz­cza­ły dwie małe szpar­ki. Mój wzrok mi­mo­wol­nie po­wę­dro­wał w kie­run­ku skom­pli­ko­wa­nej kon­struk­cji wień­czą­cej jej zmierz­wio­ne czar­ne loki; cze­goś w ro­dza­ju tiu­lo­wej wie­życz­ki wy­koń­czo­nej pod­pię­tą wo­al­ką.
– Och – po­wtó­rzy­łam bez­wied­nie – czy ta… hmm… cza­pecz­ka ma za za­da­nie od­wró­cić uwa­gę od two­jej twa­rzy?
– Nie roz­śmie­szaj mnie – chrząk­nę­ła ża­ło­śnie Baś­ka, choć do­sko­na­le wi­dzia­łam, że wca­le nie jest jej do śmie­chu. Po­pro­wa­dzi­ła mnie, wzdy­cha­jąc, do prze­stron­ne­go sa­lo­nu z chro­mu i szkła, z wiel­kim ko­min­kiem peł­nią­cym po­dob­no rolę punk­tu sku­pia­ją­ce­go uwa­gę. Prz­yn­ajmniej tak za­ło­żył zna­ny ar­chi­tekt pro­jek­tu­ją­cy dom. Za­wsze gdy od­wie­dza­łam Baś­kę, my­śla­łam o tym, że trud­no nie sku­pić na nim uwa­gi, do złu­dze­nia przy­po­mi­nał bo­wiem piec kre­ma­to­ryj­ny.

Czu­łam się nie­swo­jo w tym wnę­trzu, bo nie mo­głam ni­cze­go ni­g­dzie odło­żyć. To zna­czy teo­re­tycz­nie mo­głam, ale na­gle wca­le nie chcia­łam. Być może dla­te­go, że moje rze­czy tra­ci­ły na tle tego li­ne­ar­ne­go wnę­trza wszel­ką war­tość użyt­ko­wą i sta­wa­ły się abs­trak­cją. Na­praw­dę. Kie­dyś po­sta­no­wi­łam to prze­te­sto­wać i po­ło­ży­łam na ich be­żo­wej de­si­gner­skiej ka­na­pie to­reb­kę. Wy­glą­da­ła jak rzecz omył­ko­wo po­zo­sta­wio­na na pla­nie fil­mo­wym przez sta­tyst­kę. „Halo, halo!” – cze­ka­łam, aż roz­le­gnie się przez me­ga­fon. – „Niech mi ktoś za­bie­rze to gów­no z ka­dru!” Te­raz też go­rącz­ko­wo ści­ska­łam tor­bę w rę­kach.

Baś­ka bły­snę­ła w moim kie­run­ku czer­wie­nią, a szpar­ki skrzy­żo­wa­ły ze mną spoj­rze­nie. Dziw­ne uczu­cie.
– Sta­ram się nie ru­szać twa­rzą. Fra­xel – do­da­ła po chwi­li.
– Och – bąk­nę­łam pod no­sem – a cóż to ta­kie­go?
Z fo­te­la pod­nio­sła się Jo­asia i mru­gnę­ła po­ro­zu­mie­waw­czo.
– Jak to co? Zna­ko­mi­ty po­mysł na biz­nes. Naj­pierw ma­sa­kru­ją ci twarz za kupę kasy, po­tem cze­ka cię ży­cie w cał­ko­wi­tej izo­la­cji, jak­byś ćwi­czy­ła swo­ją śmierć. Co­dzien­nie wsta­jesz i oglą­dasz to coś, co masz mię­dzy czub­kiem gło­wy a szy­ją. Roz­pa­czasz i py­tasz: „Kur­de, dla­cze­go fra­xel?”. A po­tem wresz­cie wszyst­ko szczę­śli­wie się goi, twarz wy­glą­da tak samo jak przed za­bie­giem, a ty uwa­żasz z ulgą, że mimo wszyst­ko było war­to. Tyl­ko ja­koś do gło­wy ci nie przyj­dzie, że gdy­by ktoś dał ci po­rząd­nie po py­sku, roz­je­cha­ła cię cię­ża­rów­ka albo gdy­byś wy­ta­rza­ła gębę w mro­wi­sku, to gdy po mie­sią­cu za­go­iły­by ci się ob­ra­że­nia, uzna­ła­byś, że je­steś jak nowa. Zna­czy jak sta­ra nowa. – Jo­an­na z lek­ką oba­wą spoj­rza­ła na Baś­kę.

Ro­zu­mia­łam ją. Baś­ka za­wsze sta­ra­ła się trzy­mać fa­son, uda­jąc, że jest zdy­stan­so­wa­na, ale w grun­cie rze­czy na punk­cie wła­sne­go wy­glą­du była bar­dzo draż­li­wa. Pie­nię­dzy mia­ła tyle, ile pół mo­je­go osie­dla ra­zem wzię­te, i za­wsze nam po­wta­rza­ła, że nie musi się sta­rzeć z god­no­ścią. Że w ogó­le nie za­mie­rza się sta­rzeć. Ja też nie za­mie­rza­łam, ale z mo­ich za­mie­rzeń nic nie wy­ni­ka­ło.

Ro­ze­śmia­ły­śmy się, Baś­ka z nami, ja­koś tak szcze­kli­wie i ję­cząc z bólu, bo mię­śnie twa­rzy mia­ła na­pię­te, jak­by pla­no­wa­ła z nich strze­lać.
– Za­zdro­sna je­steś i tyle – oświad­czy­ła. Za­brzmia­ło to mniej wię­cej jak: sa­so­sna es­tes y tyle.
Zli­to­wa­łam się nad nią.
– Ty już le­piej nic nie ga­daj. Gój się. A swo­ją dro­gą po cho­le­rę nas tu ścią­gnę­łaś, sko­ro się do lu­dzi nie na­da­jesz?
– Wy nie je­ste­ście lu­dzie, wy je­ste­ście moje przy­ja­ciół­ki i ma­cie mnie wspie­rać – stęk­nę­ła Baś­ka ża­ło­śnie, sta­ra­jąc się nie se­ple­nić. Się­gnę­ła po kor­ko­ciąg. – Sama pew­nie bym się upi­ła z roz­pa­czy, a z wami będę się de­lek­to­wać.
– Wol­no ci? – zdzi­wi­ła się Jo­an­na, ale nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­szła do kuch­ni.
Po­czu­łam, jak ogar­nia mnie dziw­ny stan. W nie­dzie­lę obie­ca­łam so­bie, że do koń­ca ty­go­dnia nie się­gnę po wino. Był pią­tek.
– Iza bę­dzie? – za­py­ta­ła rze­czo­wo Jo­an­na, sta­wia­jąc na sto­le prze­pięk­ne krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki. Baś­ka wszyst­ko mu­sia­ła mieć pri­ma sort.
Przy­po­mnia­ła mi się wczo­raj­sza roz­mo­wa przez te­le­fon.
– Iza wczo­raj dzwo­ni­ła. Była wście­kła. Po­noć se­kre­tar­ka tego jej Ja­poń­czy­ka wsa­dzi­ła Ha­ru­mie­go nie w ten sa­mo­lot, co trze­ba, i dzie­ciak wy­lą­do­wał w Bu­da­pesz­cie. Mło­dy jest przy­tom­ny, więc pró­bo­wał na lot­ni­sku się z kimś do­ga­dać, ale mo­że­cie so­bie wy­obra­zić…

Iza rze­czy­wi­ście była wście­kła, ale pod tą jej wład­czą i prag­ma­tycz­ną wierzch­nią war­stwą so­li­dar­nie czu­łam nie­po­kój mat­ki. Nie wiem, co bym zro­bi­ła, gdy­by to To­lek utknął gdzieś w świe­cie. Moż­na po­wie­dzieć, że Ha­ru­mi był ko­smo­po­li­tycz­nym po­dróż­ni­kiem z przy­mu­su, na nie­jed­nym lot­ni­sku zjadł zęby, ale w koń­cu nie da się ukryć, że był tyl­ko dwu­na­sto­let­nim chłop­cem, sy­nem nie­przy­tom­ne­go z prze­pra­co­wa­nia Ja­poń­czy­ka i cho­ro­bli­wie am­bit­nej Po­lki, ro­bią­cej mię­dzy­na­ro­do­wą ka­rie­rę w ja­kiejś Strasz­nie Waż­nej Kor­po­ra­cji z bran­ży BPO/SSC, co­kol­wiek to zna­czy. Iza cza­sa­mi pró­bo­wa­ła nam tłu­ma­czyć, jak klu­czo­wa dla świa­ta to dzie­dzi­na, ale dała so­bie spo­kój po tym, jak Baś­ka do­gry­zła jej kie­dyś w przy­pły­wie szcze­ro­ści, żeby już tak się nie na­dy­ma­ła, bo na świe­cie jest wie­le klu­czo­wych za­wo­dów, o któ­rych lu­dzie nie mają po­ję­cia; jak choć­by kon­tro­ler za­pa­chów z od­by­tu. Za­pew­ne po­kłó­ci­ły­by się wte­dy po­tęż­nie, gdy­by nie to, że obie były nie­co wsta­wio­ne.

– Ja­poń­czyk chciał się do­ga­dać z Wę­grem? – Jo­an­na na­peł­ni­ła trzy kie­lisz­ki ciem­no­czer­wo­nym, ak­sa­mit­nym wi­nem. – To brzmi jak ka­wał. Zresz­tą, ży­cie w ogó­le brzmi jak ka­wał – wy­gło­si­ła głę­bo­ką praw­dę, dla pod­kre­śle­nia wagi słów uno­sząc kie­li­szek. – Wczo­raj Luś­ka mówi do mnie: „Mamo, a ty mia­łaś faj­ne ży­cie?”. Py­tam z nie­po­ko­jem: „Mia­łam?”. „No bo wiesz, tak zno­wu dużo to ci go już nie zo­sta­ło…” Nie wie­dzia­łam, że ga­dzi­nę wy­ho­do­wa­łam na wła­snym ło­nie.
Baś­ka ko­lej­ny raz zer­k­nę­ła w pod­ręcz­ne lu­ster­ko i czym prę­dzej odło­ży­ła je z obrzy­dze­niem.
– Za­wsze wam mó­wi­łam, że dzie­ci są wred­ne. – Na­praw­dę ja­koś mu­sia­ła po­pra­wić so­bie na­strój. – Zu­peł­nie nie ro­zu­miem, do cze­go wam one po­trzeb­ne.
– Nie bądź taka mą­dra – żach­nę­ła się Jo­an­na. Pod­par­ła się wy­god­niej i za­pa­trzy­ła w kar­mi­no­we re­flek­sy na gru­bo rżnię­tym szkle. – Dzie­ci są jak wi­rus… Ani się spo­strze­żesz, a zła­pa­łaś. To się roz­no­si i roz­prze­strze­nia. Za­ka­żo­ne jest całe spo­łe­czeń­stwo; wszę­dzie wi­dzisz wóz­ki, pla­ce za­baw, cią­żo­we brzu­chy, skle­py z za­baw­ka­mi, i na­gle pew­ne­go dnia od­kry­wasz, że ty też chcesz być cho­ra. Chcesz mieć ta­kie swo­je, małe i ko­cha­ne. Ta­kie coś, co na­le­ży tyl­ko do cie­bie… Że bę­dzie cię ko­chać za to, że po­wo­ła­łaś je do ży­cia, że je­steś taka je­dy­na i wy­jąt­ko­wa. Do­pie­ro po­tem zda­jesz so­bie spra­wę, że świat cię oszu­kał i za­miast swo­je­go słod­kie­go ma­lu­cha masz w domu ja­kiś obcy, wro­gi byt, któ­ry na okrą­gło do­ma­ga się po­ży­wie­nia i cały czas kom­bi­nu­je, jak cię zro­bić w ba­lo­na. – Jo­an­na zmarsz­czy­ła groź­nie brwi i wy­dę­ła war­gi.
– I któ­re­mu za­wsze śmier­dzą skar­pet­ki – do­da­łam na myśl o tym, ile pie­nię­dzy wy­da­ję na prosz­ki do pra­nia i pły­ny do płu­ka­nia. – Po­waż­nie. To­lek wło­ży na pięć mi­nut i już śmier­dzą. Ba, cza­sem tyl­ko przej­dzie obok. To ja­kiś wy­jąt­ko­wy skład­nik potu do­ra­sta­ją­ce­go chłop­ca. Ta­jem­ni­cza sub­stan­cja, dzię­ki któ­rej skar­pet­ki mło­de­go są bro­nią che­micz­ną. Po­win­nam za­cząć je skła­do­wać na wy­pa­dek ja­kie­goś świa­to­we­go kon­flik­tu.

Baś­ka po­pra­wi­ła cza­pecz­kę z ban­da­ża i oświad­czy­ła bez­li­to­śnie:
– Do­brze wie­cie, że w grun­cie rze­czy je­ste­ście zwy­kły­mi miesz­czań­ski­mi ma­muś­ka­mi, któ­re jak kwo­ki wy­sia­du­ją so­bie prze­dłu­że­nie wła­sne­go ego. Skąd w was tyle prze­ko­na­nia, że świat cze­ka na wa­sze ko­pie? Spo­łe­czeń­stwo wam wmó­wi­ło, że by­cie mat­ką to szla­chet­na mi­sja, a w rze­czy­wi­sto­ści to ogra­ni­cza­ją­ca ułom­ność…

Tego ro­dza­ju roz­mo­wy pro­wa­dzi­ły­śmy raz na ja­kiś czas. My le­czy­ły­śmy nimi kom­pleks nad­mier­nej od­po­wie­dzial­no­ści oraz bra­ku cza­su i wol­no­ści, a Baś­ka bra­ku po­tom­stwa. Wszyst­kim nam do­brze to ro­bi­ło.

Szyb­ki, ter­ko­czą­cy dzwo­nek za­sy­gna­li­zo­wał na­dej­ście Izy, któ­rej za­wsze się spie­szy­ło i na­wet ze spo­koj­ne­go mo­ty­wu mu­zycz­ne­go, któ­ry Baś­ka z mę­żem wgra­li w swój wi­de­odo­mo­fon, po­tra­fi­ła stwo­rzyć hymn pi­ja­nych w sztok su­ry­ka­tek. Wy­szłam jej na spo­tka­nie, oszczę­dza­jąc Baś­kę, któ­ra wła­śnie za­czę­ła sma­ro­wać twarz ta­jem­ni­czym ma­zi­dłem wy­cią­gnię­tym z lo­dów­ki. Iza wkro­czy­ła jak za­wsze z im­pe­tem i za­raz za pro­giem zrzu­ci­ła lśnią­ce lo­ubo­uti­ny. Sta­nę­ła obok mnie, na­gle drob­na jak dziew­czyn­ka.
– Nie­na­wi­dzę, jak mi się każą re­lak­so­wać. By­łam wła­śnie na ma­sa­żu, baba jeź­dzi­ła po mnie go­rą­cy­mi ka­mie­nia­mi, jak­by mnie chcia­ła uka­mie­nio­wać. Na go­rą­co. Sta­le przy tym po­wta­rza­ła: „Pro­szę o ni­czym nie my­śleć, pro­szę za­mknąć oczy i się re­lak­so­wać. Jest pani taka spię­ta, mię­śnie na kar­ku jak po­wro­zy”. Jak mam się, cho­le­ra ja­sna, re­lak­so­wać, kie­dy Ha­ru­mi sie­dzi na dwor­cu w Bu­da­pesz­cie! Wró­ci w koń­cu po­cią­giem, bo nic sen­sow­ne­go stam­tąd dziś nie od­la­tu­je, ma już bi­let i miej­sce w wa­go­nie sy­pial­nym. On jest taki ma­lut­ki, sama wiesz, nie wy­glą­da na swo­je dwa­na­ście lat, żeby się tyl­ko nie zgu­bił, mój ko­cha­ny owoc wio­sny.

Iza tak go cza­sem piesz­czo­tli­wie na­zy­wa­ła, bo to do­kład­nie ozna­cza­ło jego ja­poń­skie imię.
– Nie prze­sa­dzaj. Nie jest aż tak ma­lut­ki, żeby się zgu­bić w po­cią­gu, to w koń­cu nie ja­kiś… – za­bra­kło mi sło­wa – Ca­li­ne­czek.

Nie chcia­łam do­da­wać, że jak obie do­brze wie­my, mały Ha­ru­mi to nie­złe ziół­ko, któ­re po mat­ce odzie­dzi­czy­ło sza­tań­ską wręcz prze­bie­głość, a po ojcu eks­cen­trycz­ność, co by­wa­ło mie­szan­ką wy­bu­cho­wą, i nasz „owoc wio­sny” ow­szem, może i opu­ści po­ciąg re­la­cji Bu­da­peszt–Ber­lin, za­nim ten do­trze do Po­zna­nia, ale nie dla­te­go, że się zgu­bi, tyl­ko dla­te­go, że zo­sta­nie z tego po­cią­gu wy­pro­szo­ny. Cała na­dzie­ja w tym, że zwa­żyw­szy na jego eg­zo­tycz­ny wy­gląd, kon­duk­tor bę­dzie wo­lał omi­jać go sze­ro­kim łu­kiem. Róż­ni­ca w oce­nie Ha­ru­mie­go mię­dzy świa­tem a Izą po­le­ga­ła głów­nie na tym, że choć wszy­scy my­śle­li o nim to samo, Iza ni­g­dy by się do tego pu­blicz­nie nie przy­zna­ła. Wszyst­kie wy­bry­ki syna były dla niej je­dy­nie ma­ni­fe­sta­cją jego po­nad­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji i wy­bit­nej kre­atyw­no­ści. Na­wet wte­dy, gdy jako uro­czy ośmio­la­tek z nie­od­łącz­ną kart­ką na szyi usi­ło­wał pod­pa­lić sa­mo­lot, gwizd­nąw­szy w tym celu za­pal­nicz­kę ste­war­des­sie, któ­ra po kry­jo­mu pa­li­ła pa­pie­ro­sy na za­ple­czu. Na szczę­ście obe­szło się bez kon­se­kwen­cji: prze­ra­żo­na ko­bie­ta wo­la­ła nie przy­zna­wać się do za­ka­za­nych prak­tyk, a mały cwa­niak szyb­ko to wy­ko­rzy­stał i jesz­cze wy­cią­gnął od niej pięć do­la­rów.
– Jesz­cze zo­ba­czy­cie, że on proch kie­dyś wy­my­śli – ma­wia­ła Iza, a na nie­śmia­łą su­ge­stię, że ktoś już zdą­żył go ubiec, wście­ka­ła się, że nie ro­zu­mie­my naj­prost­szych prze­no­śni.
– Na­lej­cie mi – za­żą­da­ła te­raz, sa­do­wiąc się na so­fie i kła­dąc so­bie po­dusz­kę na ko­la­nach. – Mu­szę się zre­lak­so­wać po tym re­lak­sie."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz